Nie jestem fanem musicali. W życiu widziałem zaledwie kilka. W zeszłym roku próbowałem się do nich przekonać, sięgając po ponoć niezłe „West Side Story”. Totalnie mi nie podeszło. Jako nastolatkowi podobał mi się „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street”. Już nie tak nowego „Jokera” z Lady Gagą nadal jeszcze nie zobaczyłem. Koneser tego typu filmów więc ze mnie żaden. Lubię oglądać ruchy trendsetterów, także na polskiej scenie. Takim bez wątpienia można nazwać Quebonafide. Liczyłem na dobry, przekrojowy — przez całą dyskografię — pożegnalny koncert online. Nie byłby on jednak sobą, gdyby nie zaskoczył. Z tym że teraz przeszedł sam siebie. Dostaliśmy coś jeszcze lepszego. To, co miało być wydarzeniem online, skończyło jako musical z premierowymi trackami. I to wysokobudżetowy, bo rzekomo kosztował 5,5 miliona polskich złotych. Powstawanie projektu wliczając naukę gry na fortepianie, tańca i komponowania trwało cztery lata. Robi wrażenie, prawda? Nie był to stracony czas.
Zacznę od minusa i to znacznego. Mało tu faktycznego rapowania, dużo więcej jest śpiewania. Nie do końca musi się to spodobać tym, którzy liczyli na kolejne nagrania Quebonafide. Już przecież sporo czasu od ostatniego materiału i głód nowej muzyki, podsycany pojedynczymi singlami, był ogromny. Kiedy ja odpaliłem „Północ Południe Akt I”, na początku byłem bardzo zawiedziony. Zastanawiałem się, czy to naprawdę najlepsza opcja na wieczór, jaką mogę sobie wybrać. Przebranżowienie z rapu do muzyki bardziej alternatywnej potrafi odbić się wykonawcom czkawką. Jako najlepszy przykład niech posłuży Miuosh, który został przez nawet niezłe „Pieśni Współczesne” zepchnięty ze sceny hiphopowej niemal całkowicie. Myślę, że w tym wypadku to nie grozi. Z każdym kolejnym utworem i scenami pomiędzy byłem oczarowany.
Dzisiaj omawiana sztuka to jest projekt z dużo większym rozmachem. Dodatkowo sam Jakub Grabowski zdecydowanie podszlifował swój warsztat wokalny jeszcze bardziej - z już niezłego przecież poziomu. Kto, jak nie on, mógł zaprosić do swojego dzieła Andrzeja Grabowskiego i Okiego, by odegrali swoje pomniejsze role? Ciężko też nie wspomnieć o cameo Roberta Lewandowskiego. Wszystko dopięte na ostatni guzik - na czele z przedstawioną tutaj historią. A ta jest dość ciężka. Opowiada, z perspektywy Quebo, o problemach natury psychicznej. Artysta wręcz pozwala wejść sobie do głowy. Bez zbędnego patosu i pretensjonalności. A jak to jest nakręcone! Wszystko przechodzi płynnie ze sceny na scenę, tworząc niesamowitą ciągłość musicalu, przeplatając je niejako narracyjnymi przerywnikami. Muszę niestety ponarzekać na sceny latania w mieście. Od razu nasunął mi się klip Eminema do Not Afraid. Z drugiej strony - chyba nikt w Polsce nie mógłby zrobić czegoś na podobnym poziomie.
Podobało wam się to, co zrobiło PRO8L3M dla Canal+? A może chorzowski koncert Dawida Podsiadły wyświetlany w kinach? Quebonafide w tym momencie mówi im: „Potrzymaj mi piwo i patrz!”. Nie było drugiej takiej rzeczy na polskiej scenie. Zostałem ze szczęką na podłodze. Możemy mówić o krajowym ewenemencie - od zwykłego chłopaka z małego Ciechanowa do gwiazdy, która wyprzedała stadion ze swoim występem dwa dni pod rząd, a do tego zrobiła własny projekt i to naprawdę artystyczny. Wciąż zaskakuje. To musi zobaczyć każdy. Mam nadzieję, iż będzie jeszcze dostępny do obejrzenia. Zasługuje na to nie dość, że sam musical, to po prostu widz. Polecam, szczególnie tym, którzy - tak jak ja - nie mają zbyt pochlebnego zdania o tym gatunku kina. Sam, na fali tego sztosa, wezmę się w najbliższym czasie za parę reprezentujących go szlagierów. Przy okazji jestem cholernie ciekawy, co wydarzy się dalej, w kolejnych aktach... No i przede wszystkim - kiedy, do cholery, płyta?!
Ocena: 10/10

Świetna recenzja, mam ochotę sprawdzić! Mam nadzieję, że będzie jeszcze dostępny!
OdpowiedzUsuńDzięki. Oby!
Usuń