Obie Trice – real name, no gimmicks!
Wytwórni Shady Records, chociaż bazowała głównie na fejmie Eminema, udało się wylansować kilka wartych uwagi postaci dla hip hopu. „Cheers” bo o nim dziś mowa to fonograficzny debiut Obie Trice’a. Niby kolejny gangsta rap z Detroit, a jednak ma coś w sobie. To coś co wyróżnia go ponad lokalną scenę to featuringi od takich wyjadaczy jak właśnie Em, Nate Dogg, Busta Rhymes, członków G-Unit, a także - lub przede wszystkim - KA-PI-TAL-NE bity. Za lwią część odpowiada nie kto inny jak właśnie główna twarz wytwórni – Slim Shady. Po jednej nutce można odgadnąć, które produkcje są jego. Pozostali bitmejkerzy również pokazali klasę, a to nie byle jakie ksywki – Dr. Dre, Timbaland, Fredwreck i wtedy jeszcze nie tak rozchwytywany Mr. Porter. Z takim zapleczem Obie po prostu musiał narobić sporo szumu. Tym bardziej, że jako raper jest naprawdę dobry. Nie sposób o nim powiedzieć żeby był industry plantem. Bardzo długi czas mówiło się o nim jako o jednym z najbardziej niedocenianych. Oczywiście - gdy na featuring wpada najbardziej znany biały raper na świecie to traci trochę blasku, ale nie zapominajmy, że w podobnym okresie potrafił przyćmić samego Jay-Z. To nie tylko przydupas Eminema. Posiada charakterystyczny głos i pewnie kładzie na bicie swoje linijki. Tematyka zbytnio nie zaskakuje, jest dość schematyczna – typowy gangsta rap. Najbardziej doceniam autobiograficzne „Don't Come Down”. Reszta to w głównej mierze standardowe braggowe nawijki o alkoholu czy kobietach podane w mocno przebojowej konwencji. Dużo tu hitów, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Najbardziej znanymi kawałkami stąd są single „The Set Up” z Nate Doggiem (chyba nikt nie ma wątpliwości, że ukradł tym hookiem całe show) i „Got Some Teeth”. Chyba każdy słuchacz rapu wychowany w czasach, gdy ten leciał jeszcze często w telewizji, zna te tracki. To materiał nadający się do puszczenia na luzie w klubie czy na imprezie niż do rozkminki ze słownikiem. Kolejną rzeczą, która przyczyniła się do dużego rozgłosu, są dissy na magazyn The Source czy Ja Rule’a. Płyta odniosła sukces i sprzedała się bardzo dobrze nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, jakie wyszły z Shady Records, i to w czasach gdy Eminem był na samym szczycie. Jak komuś mało czegoś zbliżonego klimatem do „The Eminem Show”, jest to zdecydowanie warta obadania pozycja. „Cheers” mocno wbija się w banie i nie chce z niej wyjść. Umiejętnie balansuje między hardkorowym rapem, a bardziej klubowym brzmieniem.

Komentarze
Prześlij komentarz