Ze względu na mniej egzotyczne miejsce niż w poprzednich książkach Wojciecha Cejrowskiego „Wyspę na prerii” czytało mi się dużo gorzej. To wciąż fajna przygoda, ale o ile w historiach z Indianami można było przymknąć oko na lekkie zakrzywianie rzeczywistości, tak tutaj duża część aż zanadto wydaje się zmyślona. Często aż rażąco. Wszystkowiedzący o zwyczajach głównej postaci mieszkańcy okolicy to jeden z wielu przykładów. Autor ciekawie opisuje preriową codzienność, tylko mało tu rzeczy, które naprawdę zostają w głowie po lekturze. A może to przez to, że tym razem podróżnik nie opuścił cywilizacji… W każdym razie wyszedł średniak. Można przeczytać bez zgrzytania zębami, ba! Nawet parę razy się uśmiechnąć, bo humor głównego bohatera to wciąż coś, co potrafi wzbudzić zainteresowanie i skłoniło mnie do przeczytania całości pomimo kilku słabszych momentów. Jeśli ktoś chce zacząć przygodę z książkami Cejrowskiego, radziłbym opuścić tę pozycję i sięgnąć po „Rio Anaconda. Gringo i ostatni szaman plemienia Carapana”. Tam zdecydowanie więcej się działo i było to podane w lepszej formie, do dziś zostając jedną z moich ulubionych książek. Możliwe, iż to dlatego, że bardziej kręci mnie to, co nieznane, niż życie na współczesnym Dzikim Zachodzie, gdzie nie dzieje się aż tyle niecodziennych zdarzeń.

Komentarze
Prześlij komentarz