Stracił pracę, jego dziewczyna się puściła i oddał strzał prosto we własną głowę słuchając Cobaina – tak rozpoczyna się „Cobain’s Diary”. Zaraz potem wjeżdża druga część jednego z jego najbardziej znanych kawałków – „Nightmares”. Jeszcze bardziej zadziorna niż poprzednia. King Gordy po nadaniu sobie samozwańczo tytułu króla horrorcoru (chyba jako pierwszy raper na świecie) w 2006 roku na kolejnej płytce przesunął granicę swojego brzmienia jeszcze bardziej w stronę tego niszowego podgatunku rapu. W podkładach często można usłyszeć gitary, nie jest to jednak acid rap. Zgodnie z tytułem i intrem jest nieco depresyjnie. Przybijający klimat udziela się przez niemal całość trwania albumu. Dodatkowy smaczek to sampel z Portishead w „Cobainiac”. Bizarre rzucił tam moim zdaniem jedną ze swoich najlepszych zwrotek, nawet, jeżeli nie jest proskillem na mikrofonie, to jego udział na pewno wypadł na plus i zapada w pamięć. Po prostu świetnie się uzupełniają. Teraz rzeczy, które mi nie pasują – Sal, czyli refren w „Worship Me / Murder Me”. Brzmi mocno nu metalowo, tylko nie jest to w tym wypadku komplement. Sam Gordy ma ogromne możliwości wokalne, co udowodnił już wcześniej nieraz i jestem pewien, że był w stanie lepiej to ogarnąć sam. Kolejna taka rzecz – skit w „Go And Get A Knife” o pobiciu partnerki, na skutek czego ta rzuciła się na niego z nożem. Pełno tam fuckowania w rozmowie telefonicznej i generalnie obniża replay value całości. Poza tym jest to niemal perfekcja. KG jest brutalnym, ale wyśmienitym mc. Ma w sobie coś z Biggiego i nie chodzi tylko o ówczesną wtedy tuszę. Tylko takiego Notoriousa z Detroit, bardziej porytego. Jak ktoś ma wątpliwości to szczególnie można to usłyszeć na „Nightmares” z debiutanckiego „The Entity”, jest tam świadomy follow up do „Notorious Thugs”. Przeogromny talent, który nie do końca wypłynął na powierzchnię. Zastanawiam się, czy to kwestia tematyki, czy też może brak kariery z własnego wyboru. Miałem nadzieję na zmianę tego po dołączeniu wraz z Bizarrem do MNE – wytwórni Twiztid. Nic bardziej mylnego - zmieniło się tylko to, że łatwiej kupić ich wspólną płytę za normalne pieniądze. Moja dalej czeka w folii. Szacunek w środowisku na pewno ma - moim zdaniem po prostu przegapił swój moment. „Sometimes I think in this industry they don’t have space for someone that is unique as me” jak rapuje w „The Gift And Curse”.
Już jakiś czas zamierzam odświeżyć sobie jego dyskografię, ale praktycznie nonstop wracam do 3 albumów – „Cobain’s Diary”, „Xerxes The God King” i „The Entity”. I tak od początku roku... Ciężko mi się od nich uwolnić, poza tym wątpię, czy te nowsze też dają aż tak radę. Po 2012 roku miał sporą przerwę od pojawiania się na mikrofonie, do tego nawiązał współpracę z Jimmym Donnem – raperem, który niezbyt do mnie trafia. Większość słuchaczy może go kojarzyć z występu słusznie czy też nie - kultowym filmie „8 mila”, a szerszemu gronu zaprezentował się na „K.O.D.” Tech N9ne’a. Polscy słuchacze z kolei mogli o nim usłyszeć na skutek followupu Słonia na jego pierwszej solówce. Nota bene ma z nim wspólny numer na „Mutylatorze”. Ciężko dorwać jego krążki, a chętnie bym się na nie połasił. Ceny na discogs od ponad 100 dolców w górę skutecznie odciągają mnie od zakupu. Zasługuje na większy rozgłos. „Cobain’s Diary” to jedyny z dostępnych legalnie materiałów Gordiego w cyfrze z wczesnego okresu twórczości.

Komentarze
Prześlij komentarz