Głównym minusem debiutu Trzyha jest jakość. Tede już wtedy pokazywał ogromny potencjał. Bardzo możliwe, że część zwrotek powstała na freestylu albo na kolanie. Jest to raczej atut - to, z jakim luzem porusza się po bitach, jakby od niechcenia. Ceubina i Numer pozostają w jego cieniu i to wyraźnie. Nie są łakami, ale nie zostają za bardzo w pamięci. Twardsze przetrwają, wyginą te słabsze – trafnie ten refren odnosi się do przyszłości i formy mc w późniejszych czasach. Najlepszy z nich dalej utrzymuje się na powierzchni, zaś reszta składu wyraźnie przygasła. „WuWuA” trzyma poziom, ale porównując ją z nieco głośniejszymi i trochę młodszymi premierami, jak „Nastukafszy” czy „Skandal”, zostaje daleko w tyle, a nie dzieli ich znowu tak jakoś specjalnie dużo czasu. Ta kaseta wyszła przecież dopiero w 97.Wolę mimo wszystko ją od niejako poprzednika – 1kHZ. Generalnie całość brzmi jak amatorska demówka, bo taką zapewne była. Fajny, undegroundowy klimat. Patrząc obiektywnie, z obecnej perspektywy raczej ciekawostka dla fanatyków TDFa. Zyskała jednak klasyczny status na warszawskiej scenie. W Memphis mają przykładowo Tommy’ego Wrighta, w Polsce Trzyha czy Killaz Group. Lubię i poniekąd rozumiem kult w tamtych czasach. Przydałby się porządny remaster.

Komentarze
Prześlij komentarz